Strona glówna Informacje Regulamin Uczestnicy Foto galeria Archiwum Ksiega gosci Forum Linki Kontakt Wyloguj21-09-2017
RSS | Mapa serwisu
Nawigacja
Losowa Fotka
Aktualnie online
Gości online: 2

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 412
Najnowszy użytkownik: Tomekkaros
Ostatnio widziani
Tomasz 00:47:06
slawek1977 02:30:37
Bikel 09:54:16
biegajaca... 11:03:03
hania 13:20:45
Piotr 17:56:33
Marek55 20:25:26
Jurek 21:04:41
Andrzej 1 dzień
Wojtas 1 dzień
W pobieralni...
GPS - Wycieczka Nr 30/2014 473
GPS - Wycieczka Nr 28/2014 482
GPS - Wycieczka Nr 27/2014 489
GPS - Wycieczka Nr 26/2014 545
GPS - Wycieczka Nr 11/2014 509
GPS - Wycieczka Nr 10/2014 273
Reklama
Pajacyk

Fotografia przyrodnicza - Zbigniew Ostaniewicz

Statystyki reklamowe
Wycieczka Nr 11/2013 - Malbork - 09 czerwca
Wycieczki w sezonie 2013Zbiórka: Na Starówce, przy Piekarczyku, godz. 9.30

Trasa: Elbląg, Helenowo, Jazowa, Myszewo, Chlebówka, Nowy Staw, Malbork, Kaczynos, Jegłownik, Elbląg.

Długość trasy: 87 km, Uczestnicy: 16, Punkty: 87

Bike route 2 174 820 - powered by Www.bikemap.net



Relacja

A co to ma znaczyć: "Janusz skrobnie kilka słów o wycieczce"! Co to za dysponowanie moją osobą! Kto dał Prowadzącemu prawo do rozporządzania moim czasem jak najbardziej prywatnym?! W takim czasie mam prawo czuć się ekspertem do spraw wyznań, analizować twórczość awangardową młodych poetów kongijskich, badać wpływ monsunów na proces miesiączkowania u pingwinów w Chinach, a mogę też najzwyczajniej w świecie sprawdzać wytrzymałość kanapy na obciążenia horyzontalne! I nikt mi nie będzie dyktował co mam robić. Owszem, owszem, nie przeczę. Była burzliwa i prowadzona w podniosłym tonie dyskusja na terenie Mucholandii, ale nie odniosłem wrażenia, że dyskutanci doszli do konstruktywnego porozumienia w kwestii pisania relacji z wycieczki do Malborka. Dlatego ja protestuję, Komendacie, i wnioskuję o pouczeniu Zastępczych Kierowników Wycieczek o prawach przez nich chwilowo nabytych, których przekraczać nie wolno nawet o pół stopy.

To tytułem protestu. Dalej też będzie prywata. Sto pięćdziesiąt siedem tysięcy razy musiałem się tłumaczyć z nieobecności haremu! Czy ja naprawdę nie mogę przyjemnie spędzić niedzielnej wycieczki? Czy wszystkim razem i każdemu z osobna muszę się tłumaczyć z nieobecności babińca? Dla tych co jeszcze nie zdążyli, a planowali lub dla tych, którzy chcieli a się wstydzili wyjaśniam c/n:
- najmłodsza, po długotrwałych negocjacjach, przystała na kompromis i łaskawie wyraziła zgodę na pozostanie w domu, aby dać odpocząć lewemu kolanku,
- średnia wykazała się wybitnym rozsądkiem i zagłębiła się w wiedzę płynącą z podręczników szkolnych co zaowocowało całkiem wysoką średnią ocen na koniec roku szkolnego,
- najstarsza ma ciekawsze zainteresowania niż spędzanie niedzieli z rodzicem tym bardziej, że od dłuższego czasu nie zamieszkuje w moim rodzinnym mieście,
- ich matka kręciła korbą po Suwalszczyźnie.

Pomimo tak wysokiej absencji osobników jednego nazwiska, pomimo nieobecności całej czeredy Stopowiczów plączących się gdzieś tam na granicy polsko-litewskiej (a która to czereda podobno ma żałować przez najbliższe 16 lat, że nie uczestniczyła w wycieczce do Malborka), pod Piekarczykiem zgromadziło się 16 bikerów chcących sprawdzić umiejętności przywódcze Mariana. Praktyka wykazała, że jego pierwsza decyzja była, w najlepszym wypadku, kontrowersyjna. Dotyczyła ona prowadzącego (siebie samego Marian obsadził w roli zamykającego). Zaraz po drugiej decyzji Mariana, streszczającej się w jednym słowie "Ruszamy!" , prowadzący Jurek M. pozwolił sobie na kierownicze usamodzielnienie i, miast skierować grupę tradycyjną drogą na Helenowo, poprowadził peletonik prosto na nowy most nad rzeką. Przez moment Marian jeszcze jęknął, że być może Jurek chce pojechać do Helenowa skrótem przez ulicę Strażniczą, ale wszyscy, którzy mieli wątpliwą przyjemność usłyszeć ten jęk, mogą zaświadczyć, że nie było w jego głosie nawet cienia nadziei. I rzeczywiście. Wszyscy podążyliśmy (w ślad z jurkowym rowerem) najkrótszą drogą obok salonu Renault na ścieżkę rowerową prowadzącą do Jazowa. Monotonnie, trzema grupkami połykaliśmy kilometry dzielące nas od pierwszego postoju zaraz za mostkiem nad Nogatem. W tym miejscu Autor i w jednej osobie Przewodnik dzisiejszej wycieczki nieśmiało zechciał przypomnieć wszystkim uczestnikom czyje ręce w tym dniu dzierżą berło władzy. Cichutko i bardzo nieśmiało zwrócił Jurkowi M. uwagę, że tak w zasadzie to mieliśmy ten pierwszy odcinek przejechać przez Helenowo. Jurek udał zdziwienie (aktorsko wyszło mu to doskonale), ale w ogóle się nie zraził. Zapewne dobrze wiedział, że nasza grupa raczej nie będzie już wracać, więc ostatecznie to jego zamiar został zrealizowany.

Pojechaliśmy dalej. Na drodze wzdłuż Nogatu Nela starała się przedstawić jako osoba skromna i niezakłócająca innym zabawy. Zapewniała, że nikt nie ma obowiązku zmuszać się, aby pokonywać teren w tempie jej roweru. Dżentelmen to moje drugie imię (które jednak zapomniano mi wpisać do dowodu osobistego) dlatego starałem się umiejętnie odwrócić jej uwagę od liczb migających na liczniku. Przy okazji udało się opracować najbardziej ekonomiczną technikę jazdy, aby Neli nóżki mogły wykonywać swoją prace w sposób najmniej męczący (z przodu dwójka!). Rozmowa doskonale skraca czas, więc ani się nie obejrzeliśmy, a już zobaczyliśmy czołowych bikerów naszej wycieczki zgromadzonych na poboczu drogi w Lubstowie. Postój był jedynie wyrównawczy i wkrótce mogliśmy jechać dalej. Wiatr nam nie przeszkadzał, a słoneczko oświetlało nam drogę dzięki czemu tempo było stosunkowo szybkie. Tym razem Jurek zrobił postój pod kościołem w Myszewie. Wewnątrz trwało nabożeństwo, ale my zgromadziliśmy się po wschodniej stronie kościółka. Wmurowane w ścianę płyty z poziomymi kreskami wskazywały poziomy wody podczas powodzi nawiedzających te tereny w XIX wieku. Późniejsza regulacja wód oraz zastosowana inżynieria wodna znacznie zmniejszyła zagrożenia powodziowe okolicy.

Cała pierwsza część dzisiejszego pedałowania sprowadzała się do wojskowego terminu: krótkimi skokami na przód. Kolejny skok zakończył się pod kościołem w Świerkach. W sumie nie było zbyt wielkiego zainteresowania samą świątynią. Postój raczej był wykorzystany na przełkniecie małego co nieco. Ponadto społeczeństwo nasze podjęło w tym miejscu postanowienie o randze bardzo doniosłej. Od samego początku jechaliśmy po terenie otwartym, często zamieszkałym. Od startu minęło już sporo czasu, w którym nierzadko korzystaliśmy ze swoich bidonów. Dłuższy postój był planowany na tarasie znanej nam bardzo dobrze cukierni w Nowym Stawie, czyli znów w terenie zamieszkałym. W tej sytuacji nie było innego wyjścia. Kolegialnie uznaliśmy, że przed cukiernią musimy zajechać nad staw do kultowego już miejsca. Miejsca, w którym obie nasze płcie będą mogły znaleźć troszeczkę intymnej samotności. I tak też uczyniliśmy.

Jesteśmy rowerzystami, których kultura osobista jest powszechnie znana w okolicy. Z tego powodu uniżenie przeprosiliśmy panią ekspedientkę z cukierni w Nowym Stawie za to, że nie uprzedziliśmy wcześniej o naszym przybyciu. Pani z promiennym uśmiechem zapewniła nas, że mimo wszystko sobie poradzi. Jaśnie Nam Panujący w swojej nieprzeniknionej dobroci zarządził pół godziny przerwy.
Tutaj ponownie muszę wtrącić wątek prywatny. Niezręcznie miło mi się zrobiło, gdy idąc z lodem i ciastem do stolika zobaczyłem, że Heniu nagle zerwał się na równe nogi, aby ustąpić mi miejsca (może już tak staro wyglądam). To jednak jeszcze nic. Pół momentu później Heniu dostarczył do stolika moją kawę. Prawdziwe łzy wzruszenia zwilgotniły moje oczy. Dziękuje Heniu!
Ale, ale! W zastępstwie mojej cudownej małżonki przystąpiłem do czynności administracyjnych. Wśród 16 uczestników wycieczki z wielką przyjemnością odnotowałem dwoje zupełnie nowych bikerów. Były wśród nas osoby, które chciały się rozliczyć, jednak arbitralnie (całe gromy komendantowe niech spadną na moją głowę!) zadecydowałem, że skoro ta wycieczka jest równoważna z hulankami po Suwalszczyźnie to w drodze wyjątku można ją potraktować promocyjnie. W tej sytuacji puszki nie wyjąłem z sakwy.

Ciężko było nam się podnieść po skonsumowanych słodkościach. Na trasie do Malborka potworzyły się drobne grupki dyskusyjne. Nie mnie wnikać jak ważkie problemy były omawiane. Faktem jest jednak, że w Malborku znaleźliśmy się pędzikiem. Rzekę pokonaliśmy po moście spacerowym i zatrzymaliśmy się pod murami zamczyska. Jurek ponownie wynalazł nam kreskę powodziową. Każdy sprawdzał swoje możliwości przeżycia podczas powodzi z 1888 roku i tylko nielicznym z trudem udałoby się złapać powietrze. Tu też zapadło kolejne fundamentalne postanowienie: wszyscy wracamy do domu na kołach rowerowych, a po drodze odwiedzamy pewne jezioro, nad którym czeka nas niespodzianka (jak poinformował nas Marian z tajemniczą miną).

Ciepło zaczęło nam (mi!) doskwierać , dlatego zatrzymaliśmy się na moment przy fontannach. Umysłem dostosowałem się do poziomu bawiących się dzieci co też zostało odnotowane na matrycy fotoaparatów. Kolejny przystanek zrobiliśmy pod sklepem na ulicy wylotowej z Malborka. Każdy zrobił niezbędne zakupy do biwakowania nad zapowiedzianym jeziorem i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Razem z Piotrem Z. schowaliśmy się w próżnię wytwarzaną przez drobną posturę Wioletty dzięki czemu nasza prędkość nie spadała poniżej 30 km/h. W Królewie zrobiliśmy króciutki postój wyrównawczy. Tutaj odnotowaliśmy brak Marty i Bartka. No cóż: wszyscy też kiedyś byliśmy młodzi! Pojechaliśmy dalej w kierunku Kaczynosu (mijając krzywą wieżę kościółka; może się wyprostowała skoro nikt nie chciał jej zobaczyć?). Ciągnął się i ciągnął dojazd do jeziora. Wreszcie skręciliśmy w leśną drogę wyłożoną płytami. Pragnienie dotarcia było bardzo duże, podczas gdy droga zdawała się nie mieć końca. W pewnym momencie Leszek nagle przypomniał sobie, że tak właściwie to od jakiegoś czasu jest już żonaty. Uspokoiłem go jednak mówiąc, że Marian jest jeszcze chłopcem bardzo młodym dlatego jego żona na pewno się nie nudzi. Minęliśmy coś jakby wieżę wiertniczą od której ciągnął się gruby wąż w kierunku domniemanego jeziora. Czyżby to jezioro było dopiero wydobywane i właśnie znaleziono zupełnie nowe złoża jeziorne?

W końcu osiągnęliśmy nasz cel. Gdzieś w oddali między drzewami jakby połyskiwała tafla jeziora (widocznie tyle już wydobyto i nalano). Jakieś dwie kobiety się opalały będąc całkowicie okryte ręcznikiem. Tylko nieświadomy czytacz niniejszego opracowania może się temu dziwić. Uczestnicy naszej wycieczki rozumieli wszystko dokładnie: dotarliśmy do krainy zwanej Mucholandią. Machaliśmy rękoma na lewo i prawo, tupaliśmy nogami i licytowaliśmy się kto więcej złapał tych bzykających cudaków w swojej puszcze z napojem. Człowiek jest wstanie do wszystkiego przywyknąć i tym należy tłumaczyć nasz dłuższy postój w tym miejscu. Podczas konsumpcji naszych zapasów rozgorzała wspomniana wyżej dyskusja moderowana przez Mariana na temat ewentualnego autora relacji z wycieczki. Proszę Komendanta, jak to można dopuścić do takiej drobnomieszczańskiej niesubordynacji, że niejaki Jurek H. powie sobie, że "pisał pierwszy i ostatni raz" (podobnie uczyniła niedawno Agnieszka!).
A niespodzianka? Zjawiła się nagle. Nie wiadomo skąd, jakby spod ziemi zobaczyłem najpierw Marka B. a chwile później całą ekipę zaprzyjaźnionych z nami rowerzystów, wśród których było nawet jedno dziewczątko. Maryś tryumfował: dochował tajemnicy do samego końca.

Powrót sprawiał wrażenie, że jest lekko niezorganizowany. Rozsypaliśmy się na dość dużej przestrzeni. Część osób zabawiła na festynie, część pognała szybciej. Tylko nieliczni zgrupowali się pod kościółkiem w Jegłowniku. Informacje dochodzące z busa wracającego z nadlitewskiej granicy przyspieszyły nasze ruchy. A swoją drogą w zdumienie nas wprowadziła informacja, że pod nieobecność Komendanta powinniśmy uzgadniać nasze wojaże z Naczelnym Administratorem (skoro Tomek już dawno był w domu to co my jeszcze robiliśmy na trasie!!!!). Przepraszamy. To się więcej nie powtórzy.
Niedobitki naszej dzisiejszej wycieczki Marian doprowadził do Elbląga, a sam pognał przywitać Suwalszczyków. Głupi to on nie jest. Skoro nie uzgodnił wycieczki z Tomkiem to wolał zapewne sam stanąć twarzą w twarz z Komendantem zanim ten wezwie go na dywanik!

Relację przygotował Janusz K..
Komentarze
#1 | ~Komendant dnia 10-06-2013 20:56
Trasa zaproponowana przez Mariana dla części grupy która nie pojechała na Suwalszczyznę. Wycieczkę poprowadził Marian i w ten sposób nie zmarnowaliśmy niedzieli. Podziękowania dla Mariana i dla uczestników. Brawo



#2 | ~Marian65 dnia 15-06-2013 21:13
Ja tylko prosiłem Prosi o skrobnięcie kilku słów a ty opisałeś wycieczkę minuta po minucie,
Szczegółowa relacja pominęła jednak kilka istotnych informacji.
Te jednak zostaną naszą tajemnicą przez najbliższe 16 lat.
Dzięki Janusz za poświęcony czas na stworzenie pięknego opisu. Okok




zaliczgmine.pl/img/buttons/button-960-brown.png
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Login
Login

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

18-09-2017 21:51
Dzięki Andrzeju za życzenia Hejka. Strasznie długo będę musiał jeździć tym rowerem Radocha

16-09-2017 23:13
A imię jego 44, Marku wszystkiego Najlepszego i jeszcze 88 lat! Kwiatek

14-09-2017 09:23
Album Fotka z wycieczki do Starego Pola założony.

14-09-2017 08:36
Witam.-Marianie! Obejrzałem ten filmik -jest super. Żywa pamiątka z Naszej Jesiennej Wyprawy.Dziękuję Grażce za odnalezienie go w Joutube i umieszczenie linku na Naszej stronie. Pozdrawiam.

14-09-2017 07:49

Ostatnie artykuły
Szlaki rowerowe Krai...
Bażantarnia
Ustawienia kierownicy
Ustawienia siodełka
Hamowanie
Kalendarz
<< Wrzesień 2017 >>
Po Wt śr Cz Pi So Ni
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Brak wydarzeń.

Pogoda
Dzis Jutro Pojutrze
 
Partnerzy

Hotel Elbląg

Wygenerowano w sekund: 0.18 15,543,920 Unikalnych wizyt od 01/11/2008