O nie! Gdzie jest JavaScript?
Twoja przeglądarka internetowa nie ma włączonej obsługi JavaScript lub nie obsługuje JavaScript. Proszę włączyć JavaScript w przeglądarce internetowej, aby poprawnie wyświetlić tę witrynę, lub zaktualizować do przeglądarki internetowej, która obsługuje JavaScript.

Aktualności

Wycieczka Nr 20/2011 - Jezioro Pierzchalskie - 28 sierpnia 2011

Zbiórka: skrzyżowanie ulic Królewieckiej i Fromborskiej , godz. 9.00

Trasa: Elbląg, Milejewo, Majewo, Nowe Monasterzysko, Stare Monasterzysko, Błudowo, Kurowo Braniewskie, Stare Siedlisko, Piórkowo, Jezioro Pierzchalskie, Chruściel, Pierławki, Sadłuki Nowe, Wierzno Wielkie, Jędrychowo, Włóczyska, Rychnowy, Huta Żuławska, Zajączkowo, Ogrodniki, Jelenia Dolina, Krasny Las, Elbląg.

Długość trasy: 88 km, Uczestnicy: 36, Punkty: 132


Trasa rowerowa 1212363 - powered by Bikemap 


-" A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy?
- Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika."

Ojejku, jejku!!! Ale się działo!!! Jedna głowa to za mało, żeby to wszystko pomieścić! Może 37 głów wystarczy, kto to wie? Fama o zbliżającej się wycieczce dotarła aż do dalekiego Kutna. Podczas samej imprezy czarne kruki swoim donośnym głosem wzywały czasy zamierzchłe, a dźwięki te unosiły się nad tajemniczymi grobami a la Stonehenge. Natura udowodniła, że potrafi być mściwa i niewybaczająca wykonanie (a właściwie NIE-wykonanie) swoich powinności. Można się było natknąć na przypadki rodzenia mitologicznej Ateny i badania struktury podłoża. Głowy zaprzątnięte były pytaniami, czym podyktowana była nieoczekiwana ucieczka Naszego Seniora, a czym nadzwyczajne, pozbawione jakiejkolwiek logiki, poczucie humoru Mariana? Mieliśmy do czynienia z nieprawdopodobnym wprost altruizmem Tadeusza i egzystencjalnymi dylematami Olka: karawan czy karetka pogotowia? Czy poza rowerową rodziną zdarza się, aby jednym, jedynym organem odbierającym bodziec uderzenia było UCHO? Były też sytuacje, gdy 47 oznacza ni mniej ni więcej tylko 50. Spotkaliśmy się z cudownym rozmnożeniem pieniędzy, autentycznym playboyem i tradycyjnymi już przytulankami piękniejszej strony Naszej Rodziny do tkliwych ramion Naszego Seniora. Docierały do nas niezwykłe wieści, że - A nie! To już wszystko! Powyższa esencja stanowi pełne kompendium wiedzy dot. naszej ostatniej wyprawy. Można teraz spokojnie wrócić do czytania zaczętego właśnie harlequin'a lub Joe Alex'a. Och!, była przecież także młodzież. Nasze kurczęta mogą, zatem z czystym sumienie sięgnąć po raz osiemnasty po Harry Potter'a lub Kubusia Puchatka (ze wszech miar zalecane!). Do zobaczenia na kolejnej wycieczce!

Czy został jeszcze ktoś? Niemożliwe. No cóż, dla tych co nie potrafią zagospodarować sobie jakże cennych, wolnych chwil, nie mają pod ręką żadnych romansów, ani kryminałów, dla tych, którzy właśnie pożyczyli znajomym cudowne dialogi Prosiaczka z Puchatkiem, właśnie dla tych, dla których jedyną alternatywą byłoby bezmyślne gapienie się w fantazyjne wzory wyrysowane na pękającym wzdłuż i wszerz suficie postaram się nieco rozbudować opis niedzielnego pedałowania.

Opis i mapka wycieczki wskazywały, że lekko nie będzie. Z tego powodu już kilka dni wcześniej na forum rozpętała się dyskusja jak najlepiej zabezpieczyć się w niezbędne pokłady energii. Przyszłość ujawniła, że porcja kartofli pochłonięta przez Jurka okazała się skutecznym antidotum na trudy pedałowania. Tradycją tego lata stało się, że ilość bikerów na miejscu zbiórki znacznie przekraczała liczbę trzydzieści. Wśród nich wyjątkowo liczną gromadkę przyprowadził Mały: 5+1 wg kryterium nazwiska lub 3+2 wg kryterium płci. W każdym bądź razie był wśród nich autentyczny, najprawdziwszy kutnowianin z Kutna (widać sympatyk elbląskich Stopowców). Ziemniaczany Energetyk z godnością, choć zapewne z nutką żalu (takie pokłady mocy bezczynnie marnotrawione!) przyjął obowiązki ariergardy. Pierwszy postój został wyznaczony pod sklepem w Milejewie. Zdumienie wzbudził fakt, że nikt, dosłownie nikt nie protestował. A przecież nie są to aż tak odległe czasy, gdy trasa do Milejewa przez Dąbrowę była głośno negowana z uwagi na swoją trudność (ba!, bywały nawet demokratyczne głosowania w tej sprawie!). Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że każdy poczynił intensywne przygotowania do dzisiejszej wycieczki.

Okolice Milejewa, to tereny najwyżej położone na Wysoczyźnie Elbląskiej. Kilka podjazdów rozciągnęło nasz peleton. I w tym miejscu pozwolę sobie na mały zastrzyk sportowej historii.
Starsi Stopowcy zapewne pamiętają, ale młodzieży należy przypomnieć, że pierwszym polskim Mistrzem Świata na żużlu był Jerzy Szczakiel. W 1973 roku stoczył on dramatyczną walkę w dodatkowym biegu z niepokonanym mistrzem z antypodów Ivanem Mauger'em. Nasz zawodnik po udanym starcie skutecznie odpierał ataki nowozelandczyka. Ten w napadzie rozpaczy w końcu najechał na tylne koło Szczakiela. Akcja ta zakończyła się katastrofalną wywrotką Mauger'a, a stadion w Chorzowie na stojąco wiwatował na cześć Polaka.

Olek zapewne dobrze pamięta tamten wrzesień. Jednak chyba zapomniał, że taktyka zastosowana przez Mauger'a nie była ani fair, ani skuteczna, a stosowanie jej wobec niewiasty nie licuje z na ogół dżentelmeńską naturą Olka. Tym razem obyło się bez kraksy, a Wioletta ze słuchawkami w uszach nawet nie słyszała(!) karkołomnej akcji rozgrywającej się na jej tylnym kole. Niemniej jednak sytuacja ta była proroczym memento, wskazującym, że w dniu dzisiejszym bojowy duch odważnie poczynał sobie w umysłach naszych wycieczkowiczów.

Na szczęście cali i zdrowi docieraliśmy pojedynczo i małymi grupkami do miejsca pierwszego postoju. Wydawało się, że, z uwagi na wysokość n.p.m., najgorsze mamy za sobą. Jakże złudne okazały się te nadzieje. Nagle, gdy wszyscy wesoło dyskutowali pod sklepem, obok nas przemknął Edi. W przelocie zlustrował całe towarzystwo i - przyspieszył. Domysłów było co niemiara. Obraził się? Ktoś mu przygadał? Pomylił kierunki i pojechał do Braniewa? Zablokowały się hamulce Naszemu Seniorowi? Trudno było dociec. Nie mieliśmy złudzeń, że Edi uciekł. Uznaliśmy, że pod sklepem nie mamy żadnych szans na rozwiązanie tej dziwnej zagadki. W tej sytuacji odezwała się znajoma trąbka Komendanta, na zew której wszyscy niemal automatycznie wskoczyli na siodełka.
- Jedziemy spokojnie, nie ścigamy się!
Nie wiem czy Komendant mówił zbyt cicho, czy też duch rywalizacji okazał się zbyt silny. Kilka osób ostro wyskoczyło do przodu. Ponownie ich zobaczyliśmy, gdy się zatrzymali za "berlinką". I to w tym miejscu, jak już wiemy bojowo nastawiony Olek zaklinał się, że jechał z prędkością 50 km/h, ponieważ jego licznik wskazał - 47 km/h. Całe szczęście, że nasz sympatyczny kolega nie zaokrąglał do pełnych setek, gdyż informacja o trzycyfrowym wyniku mogłaby nas kompletnie zdołować. Uszczypliwości (innych rowerzystów) na temat zakupu licznika na jednym z portali aukcyjnych wskazywały, że to jeszcze nie koniec rywalizacji.

Postój nad S22 był bardzo krótki. Chwilę później zwartą grupą wjechaliśmy do wsi Nowe Monasterzysko, a tam, na przystanku autobusowym odnalazł się Nasz Senior spokojnie wchłaniający swoje zasoby energetyczne. Wszyscy z ulgą odetchnęli, bo wycieczka bez Ediego nie ma tego swoistego ducha, tego mentalnego tchnienia. Jest taka jakaś pusta. A ponadto wypadałoby, aby obrońca tytułu z godnością woził swój tytuł. Wiedząc, że Edi jest wśród nas z nowymi siłami witalnymi wpadliśmy w szuter kierujący nas przez Stare Monasterzysko, Błudowo do Kurowa Braniewskiego. Także Paola miała dużo sił witalnych. Nawet bardzo dużo. Moc przekazana przez jej drobne nóżki, poprzez układ korbowy na opony znajdujące się na obręczach była zbyt wielka. Siła tarcia piaszczystego podłoża nie była wstanie tego zdzierżyć. A może dziewczątko chciało doświadczalnie, na własnej skórze sprawdzić współczynnik tarcia. Nie mnie - autorowi niniejszej relacji zrozumieć skomplikowaną naturę dróg, którymi żwawo kroczy niewieści pomyślunek. Natomiast śmiało wolno mi wnioskować o nagrodę fair play dla Tadeusza. Jako gentleman w każdym calu, bez wahania położył swój rower robiąc kontrolowany ślizg. Ta honorowa postawa uchroniła obolałą Paolę przed groźnymi w skutkach konsekwencjami. A swoją drogą to dziewczyna powinna natychmiast podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat struktury podłoża. Być może uchroniłaby w ten sposób Sylwię przed doświadczeniami na własnej skórze.

Zaraz za torami kolejowymi Maryś zawalczył skutecznie o funkcję szlakowego. Dar przekonywania był na tyle sugestywny, że Stare Siedlisko, odwiedzane dwa tygodnie temu, pozostało gdzieś z prawej strony. Wkrótce dotarliśmy w okolice Jeziora Pierzchalskiego. Wcześniej jednak nawiedziliśmy cmentarzysko kurhanowe z wczesnej epoki żelaza. W latach 1983-93 znaleziono w tym miejscu spopielone urny z prochami Warmów - jednego z plemion należących do rodziny Prusów. Cmentarzysko pochodzi z okresu kultury łużyckiej, sprzed 2500 lat. Wyglądem przypomina pomniejszoną, jakby modelową wersję słynnego szkockiego Stonehenge. Patrzyliśmy na kamienne kręgi w ciszy i zadumie, gdy nagle serca nam zadrżały, bo gdzieś nad głowami, w koronach drzew rozległ się przenikliwy ptasi głos. Wrona? Nie, w takim miejscu na pewno nie mogły być wrony. Wszyscy zgodnie uznali, że to MUSIAŁY być kruki. Czarne kruki, które upominały się o duchy przodków tych ziem. Ostatecznie miejscowe plemię Prusów zostało pokonane w 1283 przy młynie nad rzeką Hommel czyli Kumielą (wg relacji Ryśka Z.).

Leśną ścieżką dydaktyczną dotarliśmy do obozowiska współczesnych mieszkańców Wysoczyzny Elbląskiej. Przy drewnianych kręgach ławek rozpoczęło się obozowanie. Niezawodny Mirek błyskawicznie zorganizował ognisko, a z zakamarków sakw wychyliły swoje główki różnego rodzaju kiełbaski. W dole mini klifu spokojnie falowały wody Jeziora Pierzchalskiego. Grażka natychmiast zabrała się za czynności administracyjne (i tu ciekawostka: po dokładnym przeliczeniu wyszła jej superata 70gr!). Edi nie byłby sobą gdyby nie uruchomił swojej grającej skrzyneczki. Na ten dźwięk jak pszczoły do kwiatu pełnego nektaru zbiegły się dziewczątka usadawiając się pod ramionami szczęśliwego Naszego Seniora (widok ten oczywiście wzbudził zazdrość młodszej, a zatem mniej doświadczonej, męskiej części uczestników dzisiejszej wycieczki). Rysiek - skarbnica wiedzy historycznej naszej okolicy, dzielił się wiedzą dot. końca II WŚ i pierwszych lat powojennych. Wśród rozmów bardziej lub mniej poważnych, likwidując pierwsze objawy niedosytu (nie wszyscy przed wycieczką skonsumowali 11 kg kartofli), wędrówek po okolicy i zadumań nad tonią jeziora czas relaksu minął szybko. Ognisko nie chciało nas wypuścić, ale zmysł kombinacyjny bikerów szybko uformował łańcuszek "podawaczy wody" i wesołe ogniki zapadły w sen. Sygnał trąbki uruchomił nasze bicykle.

Zaraz po stracie wyrosła przed nami ogromna, błotnista górka - przedsmak tego co nas miało czekać w dalszej części dzisiejszej wycieczki. Górka była selektywna. Tylko nieliczni popisali się wjechaniem na kołach. W Chruścielu ponownie poznaliśmy smak nawierzchni asfaltowej. A zatem ponownie w niektórych głowach odezwał się duch walki. Gdy wróciliśmy na "naszą"stronę "berlinki" peleton był już rozpołowiony. Czy wspominałem coś o "smakowaniu nawierzchni asfaltowej"? Są ludzie, którzy pewne przenośne sformułowania lubią brać dosłownie. Nie wiem czy Krzyś zawsze do takich osób się zalicza, ale na pewno stał się kolejną (już czwartą!) osobą, która badał współczynnik tarcia podłoża. Wizualne skutki tej analizy wskazywały, że na asfalcie ten współczynnik jest znacznie wyższy niż sprawdzany przez innych na szutrze. Wypadek wyglądał na tyle poważnie, że Olek z wrażenia zapomniał numeru na pogotowie ratunkowe, a gdzieś między uszami kołatała mu się obawa, czy aby karetka będzie tym pojazdem, który jest najodpowiedniejszy do sytuacji. Aki zaciskając zęby mężnie się uśmiechnął i Olkowi kamień z serca spadł.

Gdy ponownie byliśmy wszyscy razem Komendant z Edim dokładnie przeanalizowali na mapie dalszy plan jazdy. Czy choć troszeczkę zainteresował się tym Maniuś? Nikt Mariana nie będzie uczył, którędy należy jechać! Nie po to walczył jak lew o miano szlakowego, aby teraz słuchać uwag otoczenia! Żwawo ruszył pod wiatr, a za nim podążył cały peleton. Minęliśmy Jędrychowo, minęliśmy (o zgrozo!) Włóczyska i - Marian dalej gonił przed siebie. Na horyzoncie ponownie zarysowała się S22, a Marian nawet na moment nie zwolnił. Czyżby się mylił? No skąd! Górę wzięła jego żartobliwa natura. Zaraz za wiaduktem, ale jeszcze przed wyciągnięciem mapy, z pełnym przekonaniem stwierdził, że od początku(!!!) wiedział, że źle jedziemy. Osłupienie nasze było wielkie. W bezradnej ciszy wyrwało się tylko komuś, że Marian zapewne dysponuje mapą Chile. No cóż, wróciliśmy do Włóczyska, gdzie Leszek M. mając poczucie humoru na znacznie niższym poziomie od Mariana, sam znalazł właściwą polną drogę.

Droga zapewne była właściwa. Nie zdawaliśmy jednak sobie sprawy z tego, że nie jesteśmy jedynymi rozumnymi istotami zamieszkującymi kulkę zwaną Ziemią. Tydzień temu jedną z naszych bikierek miała przyjemność wziąć udział w zawodach MTB. Światła wizja Komendanta powierzyła jej na piśmie jeszcze większą przyjemność: poinformowanie Stopowców o przebiegu tamtej imprezy. Niestety nie było nam dane doczekać się relacji. Natura tego nie wybacza. Dlaczego jednak stosuje odpowiedzialność zbiorową? Szeroki szuter wskazany przez Leszka szybko zamienił się w wąską, miejscami znikającą w trawie ścieżynkę. Jeszcze dalej dróżka zamieniła się w coś, przy czym Mistrzostwa Świata w Kolarstwie Przełajowym jest jedynie niewinną zabawą dla panienek z dobrych domów. Myślę, że teraz bez problemu doczekamy się rozprawki "Analiza porównawcza zawodów MTB w oparciu o trasę rowerową Włóczyska-Rychnowy". Wyczerpani, taplając się w błocie, miejscami prowadząc, a miejscami niosąc na grzbietach nasze wehikuły z radością w oczach przywitaliśmy rychnowski asfalt.

Ledwie zapomnieliśmy o błocie a już natknęliśmy się na wiatr, który momentami zatrzymywał nas w miejscu. Nic dziwnego, że bez jakiegokolwiek hasła wszyscy zatrzymali się pod sklepem w Hucie Żuławskiej. Musieliśmy, po prostu musieliśmy zregenerować się przed dalszą drogą (pani sklepowa dawno już nie miała takich obrotów). Nieśmiałe propozycje powrotu najkrótszą trasą do Elbląga zostały storpedowane w zarodku. Nie po to Komendant nie spał nocami, aby wymyśleć ciekawą trasę, abyśmy modyfikowali jej ostatni odcinek. Udając się do tradycyjnego miejsca postojowego na Jeleniej Dolinie w dalszym ciągu walczyliśmy z wiatrem. Jedna osoba miała jeszcze jednego przeciwnika. Mitologiczna Atena urodziła się z bolącej głowy Zeusa. Co rodziła Ania trudno dociec, ale pod Smoki dotarła w stanie wskazującym, że najlepiej by było, aby natychmiast pojawił się Hefajstos z toporkiem. Atena niestety nie wyskoczyła, czym uniemożliwiła Ani dalszą kontynuację wycieczki.

Nad Jeziorem Martwym przywitali nas Danusia i Janusz H., Leszek T, Marek i autentyczny playboy. Przyszły członek rowerowej braci siedział w przyciemnionych okularach na rowerowym krzesełku i przysypiał lekce sobie ważąc zainteresowanie środowiska. Obowiązki rzecznika playboya, z dumą w oczach, pełnił dziadek Marek.

Ostatni odcinek drogi do miejsca pożegnania pozbawiony był historycznych wydarzeń. Jednak co się stało potem! Okazało się, że trudy wycieczki, wypadki, zmiany trasy dokonały takiej mobilizacji wśród uczestników, że internetowa strona Grupy pękała od "achów" i "ochów". Nie było żadnych utyskiwań, za to pełno było wzajemnych podziękowań. To właśnie te sympatyczne wypowiedzi podsunęły mi motto dzisiejszej relacji, którym rozpocząłem niniejszy tekst. Wśród komentarzy było jedno krótkie zdanie, ale chyba najbardziej oddające odczucia wszystkich uczestników:
"Nie ma tego złego... pobyliśmy przynajmniej dłużej ze sobą."
Dlatego, jak klamrą zakończę ponownie krótkim dialogiem z Kubusia Puchatka. Dialogiem pasującym chyba do myśli wyrażonej przez Wiolettę.

-" Puchatku?
- Tak Prosiaczku?
- Nic, tylko chciałem się upewnić, że jesteś."

Relację przygotował Janusz K.
Komendant 24 sierpnia 2011 91,170 33 komentarz

33 komentarz

Pozostaw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Olek
    Olek
    Czytając wszystkie komentarze z niedzielnej wycieczki doszedłem do wniosku iż jest to grupa polonistów w dobieraniu słów ,a Janusz jesteś w tym temacie Debeściak
    Trasa była dla wytrwałych , czyli dla uczestników Grupy Stop
    Pozdrowienia OlekBrawo
    - 31 sierpnia 2011 08:18:14
    • agawe
      agawe
      Po raz kolejny przeczytałam relację Janusza... określenie "ziemniaczany energetyk" - po prostu piękneRadocha
      I ten tekst o skomplikowanej naturze dróg niewieściego pomyślunku Duży uśmiech
      - 31 sierpnia 2011 20:39:05
      • Andrzej
        Andrzej
        Wcale nie jest trudno widzieć, czuć wycieczki choć się na niej nie było, po takich opisach i tylu cudownych komentarzach! Widać, że wycieczka była niezwykła pod każdym względem!
        Jest tylko żal ( punktów które uciekły ) i drugie
        żal tej atmosfery wspólnego przebywania w tak cudownym miejscu, które dodatkowo łączy się z moim dzieciństwem Brawo
        - 01 września 2011 00:04:37
        Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
        Kliknij przycisk 'Zgadzam się', aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności.Możesz przeczytać więcej o naszej polityce prywatności tutaj